Odrobina przyjemności, czyli co możemy zobaczyć po drodze z Charkowa do Doniecka

Trasa Charków — Donieck nie odbiega swoim stanem od odcinka z Kijowa do Charkowa, dlatego nie warto jej opisywać więcej niż w 1 zdaniu. Są tam dość rzadko ładne odcinki z nowym asfaltem, większość drogi to połatane (albo nie) dziury. Jest tam jednak kilka ciekawych miejsc.

Izium, Góra Kriamenec (Kряменец).

Na szczycie jest pomnik ofiar II wojny światowej, który wywołuje zachwyt mieszkańców Ukrainy, szczególnie przed 9 maja, czyli Dniem Zwycięstwa. Do tego święta jeszcze wrócimy.

Można tutaj też znaleźć tysiącletnie kamienne baby, przy których fotografują się turyści z całego świata.

Niewątpliwie jednak najciekawszą rzeczą jest widok na okoliczne lasy. Gdzieniegdzie już widać przemysłowe obiekty Zagłębia Donieckiego.

 

Swiatohirsk (Святогiрськ)

Największą atrakcją tego miasteczka jest pięknie położony na wzgórzu nad rzeką Doniec kompleks cerkiewny (ławra), którego początki sięgają XVI wieku.

W okolicach jest wiele ośrodków turystycznych, dlatego żywioł «nadmorskiego» turysty mieszka się z żywiołem pielgrzyma.

Obiecałem, że wrócimy do tematu Dnia Zwycięstwa. Dla większości Ukraińców w centrum i na wschodzie kraju jest to wielkie święto. Dlatego w Swiatogorsku na Dońcu już 1 maja można było zobaczyć młodych turystów odpoczywających pod radzieckim sztandarem wojennym. Dla nich nie ma żadnej sprzeczności między sierpem i młotem a pobliskim monastyrem, który komuniści zamknęli w 1922 roku (w ławrze był potem ośrodek wypoczynkowy dla robotników Zagłebia Donieckiego).

Kleban-Byk (Клебан-Бик)

Miejsce, gdzie naprawdę można wypocząć. Przepiękny widok na rzekę Krywyj Torec. Na pierwszym planie na zdjęciu widać skamieniałe drzewo.

To już ostatnia taka atrakcja przed wjazdem do Doniecka, gdzie królują zakłady przemysłowe, postradziecka i nowoczesno-turecka architektura, Ogólne jednak miasto, a szczególnie jego centrum, sprawia miłe wrażenie, ale o tym napiszę innym razem.

(pp)

Wyjazd został zorganizowany przez ukraiński portal turystyczny Doroga.ua

Trojeszczyna

Dziś wycieczka dla osób zainteresowanych radziecką i postradziecką architekturą i tych, którzy chcą zobaczyć, jak żyją przeciętni Ukraińcy. Jedziemy na Trojeszczynę.

Jest to ogromne 300-tysięczne osiedle położone na lewym brzegu Dniepru. Powstało w latach ’80. Efekt pracy radzieckich architektów jest raczej przerażający. Można je określić mianem betonowego obozu w środku stepu.

Nie lepiej dali sobie radę z Trojeszczyną ukraińscy architekci. W tej części Kijowa buduje się dość dużo. Są to jednak molochy podobne do tych z czasów ZSRR.

Na Trojeszczynę nie dojeżdża metro, dlatego mieszkania są tam dość tanie. Zyskało to odzwierciedlenie w kijowskim powiedzeniu: „Жизнь дала трещину – еду на Троещину”,czyli w bardzo dowolnym tłumaczeniu: „W życiu może się nie ułożyć, na Trojeszczynie przyjdzie pożyć”. Jest tam też największy kijowski bazar i dużo budek z piwem i wódką.

Trojeszczyna ma opinię jednej z niebezpieczniejszych dzielnic (szczególnie pod względem napadów, tak zwanych, „gop-stop”). Istnieje także przekonanie o niskiej kulturze mieszkańców, większość z których „ponajechała”, czyli przyjechała spoza stolicy.

 

(pp, foto: jb)

 

Odessa

Teraz oderwiemy się trochę od miast Euro i pojedziemy do Odessy. Pociągiem zajmuje to kilka godzin (nocą), samochodem około 6. Na wycieczkę zaprasza nas mój kolega Piotr Kornacki.


DOJAZD

Podczas pobytu na Euro2012 na Ukrainie warto odwiedzić perłę południa — Odessę. Miasto to kusi turystów swoim niepowtarzalnym klimatem i różnorodnością, w której każdy znajdzie coś dla siebie. Z Kijowa do Odessy prowadzi jedna z najlepszych dróg na Ukrainie. Została ona niedawno zmodernizowana i przypomina polskie autostrady, z dwoma pasami ruchu, barierką energochłonną i dość szerokim poboczem.

Podróż ze stolicy do nadmorskiego kurortu zabiera ok. 5 godzin i ze względu na piękne krajobrazy za oknem, upływa dość szybko. W połowie drogi ( w okolicach 250 km) można zatrzymać się na posiłek w jednej z kilku restauracji należących do znanego ukraińskiego piosenkarza estradowego Mychajło Popławskiego, serwujących dania na każde podniebienie (http://batkivskahata.com/merega.html). W ostatnich latach na odeskiej trasie wybudowano wiele nowych stacji benzynowych, ale przy intensywnym letnim ruchu (szczególnie w weekendy) zdarza się, że do dystrybutorów ustawiają się kilkuset metrowe kolejki, stąd też warto pomyśleć o zatankowaniu auta dużo wcześniej. Na trasie brakuje też typowych dla dużych szlaków komunikacyjnych — Miejsc Obsługi Podróżnych (MOP) z toaletą i parkingiem co znacznie obniża bezpieczeństwo i komfort podróży.

Do Odessy można dotrzeć także pociągiem. Z każdego z ukraińskich miast gospodarzy Euro 2012 do portowego miasta kursuje co najmniej jeden pociąg. Dokładny rozkład jazdy dostępny jest na oficjalnej stronie kolei (http://uz.gov.ua/passengers/train_schedule/).

Do dyspozycji kibiców pozostają jeszcze połączenia autobusowe – na trasie Kijów — Odessa kursuje kilka razy dziennie autobus firmy Autolux w wariantach standard (160 UAH) oraz VIP (220 UAH) (http://autolux.ua/) oraz nieregularne połączenia prywatnych przewoźników.

Dla tych którzy cenią sobie komfort dostępne są liczne połączenia lotnicze wykonywane przez krajowych przewoźników takich jak Aerosvit, MAU lub Dniproavia (http://www.dniproavia.com) (http://www.aerosvit.ua) (http://www.flyuia.com). Rejsy te realizowane są nowoczesnymi samolotami i nie odbiegają jakością od tych w Polsce.

ZAKWATEROWANIE

Odessa ze względu na swoje walory turystyczne jak i port morski posiada jedną z  najlepiej rozwiniętych baz noclegowych na Ukrainie. Przed rozpoczęciem poszukiwań noclegu warto zadać sobie pytanie  — w której części Odessy zamierzamy się zatrzymać. Ścisłe centrum – czyli okolice ulicy Deribasowskiej to z reguły mieszkania i hotele w starych kamienicach, szczególnie atrakcyjne dla turystów preferujących klimat starej Odessy, knajpek i restauracji  położonych w malowniczych uliczkach. Dla szukających rozrywki, idealnym miejscem będzie Arkadia. To tętniąca nocnym życiem część miasta, słynna z najlepszych klubów i dyskotek. Tutaj znajdziemy sporo hoteli i apartamentowców o najwyższym standardzie i podobnej cenie. Warto rozważyć też lokalizacje gdzieś pośrodku ( np. okolice Francuskiego Bulwaru) niedaleko od obu tych miejsc i tuż przy samej plaży. Oto plaża w okolicy Francuskiego Bulwaru.


Jakość infrastruktury turystycznej Odessy jest bardzo zróżnicowana – od daczy bez bieżącej wody przez postsowieckie ośrodki wczasowe do nowoczesnych SPA hoteli. Najbardziej popularne są jednak mieszkania wynajmowane na doby i to one stanowią największą część rynku. Ich ceny wahają się od 40 USD/dobę  (za mieszkanie 2-pokojowe bez euroremontu w dzielnicy sypialnej) do 200 USD i więcej  za 2-pokojowe mieszkanie o wysokim standardzie w ścisłym centrum lub dzielnicy Arkadia. Tutaj warto wyjaśnić, czym jest «euroremont». Jest to potoczne określenie remontu, zrobionego w latach 90 i później z zastosowaniem zachodnich materiałów i techniki budowlanej. Z reguły określenie to powinno gwarantować dobry standard mieszkania: współczesna łazienka wyłożona płytkami, kuchnia z nowymi meblami i sprzętem AGD oraz odnowiony pokój z nowoczesnym łóżkiem i meblami.

Rynek mieszkań na doby rozwija się w Odessie już od kilkunastu lat. Jest duża konkurencja, coraz więcej pośredników zna angielski co sprawia, że poszukiwanie zakwaterowania przebiega bardzo sprawnie. W Internecie znajdziemy mnóstwo ofert agencji pośrednictwa – warto sprawdzić kilka żeby mieć lepszy przegląd cen. (http://www.arendaodessa.com/)(http://clubrent.net/ru/odessa)(http://doba.ua/cities/Odessa) Pamiętać należy o kilku zasadach —  usługi pośredników nie są płatne (nie dajcie się naciągnąć gdy rezygnując z oferty zażądają od was wynagrodzenia za poniesione koszty),  raczej nie płaci się zaliczek ( szczególnie przelewów , doładowań konta tel. komórkowego itp.), mieszkania na zdjęciach w internecie często różnią się od tego co zobaczycie na miejscu, opłata za mieszkanie jest zawsze liczona za dobę (bez względu na liczbę osób).

Hotele wybudowane w ostatnim dziesięcioleciu są w większości  bardzo drogie. W sezonie za noc w 2-osobowym pokoju zapłacimy nie mniej niż 200 USD,  a w apartamencie z tarasem i widokiem na morze to wydatek co najmniej 900 USD. W mieście jest też kilkanaście hoteli odziedziczonych po minionej epoce, ich ceny nie należą jednak do najniższych a standard w wielu przypadkach pozostawia wiele do życzenie. Natomiast te z nich które przeszły gruntowny remont oferują swoje usługi w segmencie premium.


JEDZENIE

Odessa jest miejscem gdzie można ucieszyć nie tylko oko, ale także podniebienie. Na kulinarnej mapie Ukrainy zasługuje na wyróżnienie pod wieloma względami. Ceny w porównaniu z Kijowem są niższe, potrawy smaczniejsze, a wystrój wnętrz lokali znacznie ciekawszy. Swoją przygodę z miejscową kuchnią warto zacząć od lokalnego fast-food-u zwanego szaurmą — jest to danie podobne do kebabu, jednak podawane jest zawsze w ormiańskim placku chlebowym zwanym potocznie lawaszem. Przygotowanie i sprzedaż tego specjału opanowali przybysze z południa – Turcy, Ormianie i Azerowie . Wbrew złośliwym żartom o jakości mięsa i możliwości potencjalnego zatrucia,  danie to cieszy się niezwykłą popularnością. Najbardziej oblegany kiosk z szaurmą znajduję się przy końcu ulicy Preobrażenskiej (jadąc w kierunku Priwozu).


Jednym z ulubionych miejsc odwiedzanych przez turystów jest restauracja „Kompot”. Lokal położony jest w samym sercu ulicy Deribasowskiej — głównego deptaku miasta. W okresie letnim wystawiany jest tam letni ogródek. Specjalnością i leitmotivem  lokalu jest kompot owocowy serwowany prosto ze słoika. Znajdziemy tu także, kilka dań kuchni ukraińskiej, a także tych inspirowanych wpływami południa. Menu jest krótkie, ale treściwe, w godzinach porannych zawiera też propozycje śniadaniowe (niestety serwowane tylko do 11). Całość dopełnia bardzo dobry serwis, świetny marketing (mnóstwo gadżetów z logotypem restauracji) oraz nietypowe dla Ukrainy przyjazne podejście do gościa. Ceny za  dwudaniowy obiad wahają się od 100 do 150 UAH. (http://compot.ua/)

Z Kompotem sąsiaduje drugi z bardzo popularnych wśród turystów lokali – restauracja „Meat&Wine” specjalizująca się w przygotowaniu steków. Umożliwia realizację wszelkich stekowych zachcianek. Możemy wybrać rodzaj mięsa, stopień wysmażenia a także zapisać się na kursy gotowania połączone z degustacją. Sam klimat tego miejsca jest już dobrze znany na Ukrainie, bywa on często celem wizyt osób szukających inspiracji przy otwieraniu własnego gastronomicznego biznesu. Cena steku to minimum 90 UAH i zależy od rodzaju mięsa, do tego należy oczywiście doliczyć wino, którego cena  zaczyna się od 85 UAH za 100 ml. (http://steak.od.ua/en/events/news-events/)

Kolejne miejsce do którego warto zajrzeć znajduje się przy ulicy Riszeliewskiej, nieopodal skrzyżowania z ulicą Grecką. Pomiędzy drogimi butikami odnajdziemy Sport – bar „Buffalo 99”, który robi dużą furorę  latem za sprawą swojego klimatycznego ogródka. Położony jest on w cieniu wysokich budynków i olbrzymich platanów, które w upalne dni, niczym parasole, osłaniają przed słońcem spacerujących turystów. Miejsce to upodobała sobie szczególnie młodzież, która o poranku dochodzi do pełni sił jedząc w nim amerykańskie śniadania,  wieczorami natomiast popija kolorowe koktajle przed nocną wyprawą do Arkadii. Ceny w Buffalo 99 są przystępne – kawa i rogalik to tylko 24 UAH, zestaw śniadaniowy to ok. 45 UAH, piwo to wydatek 22 UAH a wspaniale podany drink będzie nas kosztował ponad 40 UAH. Wieczorem trudno tam jednak o wolne miejsce i często trzeba na nie dość długo czekać. (http://buffalo99.com.ua/en/index.php)

Wolny stolik można spróbować znaleźć w znajdującej się sto metrów dalej przeuroczej pizzerii  „Zara Pizzara” . Jeden i drugi lokal należy do tego samego właściciela i bez wątpienia tworzą one niepowtarzalną atmosferę, która  towarzyszy wieczornym spacerom ulicą Riszeliewską. W menu dominuje kuchnia włoska – pizza, pasta, a także bardzo atrakcyjnie podawane sałatki. Większość klientów popija tutaj wyśmienite koktajle, piwo i wino, chłonąc klimat Odessy. Miejsce tętni życiem w godzinach popołudniowych i wieczornych. Prawdziwe wyludnienie następuje ok. 0:00 kiedy to większość gości przenosi się do nocnych klubów. (http://zarapizzara.com.ua/)

Odessa pełna jest świetnych lokali, zrobionych z pomysłem, z wyśmienitą kuchnią i fantastyczną atmosferą. Warto wspomnieć jeszcze o restauracjach z kuchnią rosyjską, ukraińską, żydowską  a także francuską — polecam małą restauracje o nazwie „Olivie” na Francuskim Bulwarze.

(pk)

Aleja Pejzażowa w Kijowie

W związku z tym, że zbliża się wiosna postanowiłem opisać jedno z ciekawszych miejsc spacerowych Kijowa – aleję Pejzażową.

Aleja Pejzażowa (Пейзажна алея) to krótka promenada w centrum miasta, z której rozpościera się piękny widok na dolny Kijów. Położona jest koło Andrijiwskiego Uzwozu i Muzeum Historii Ukrainy (gdzie można zapoznać się z pogmatwanymi losami Ukraińców przedstawionymi w równie pogmatwany sposób).

Aleja Pejzażowa to miejsce spotkań alternatywnej młodzieży, warto tam przyjść szczególnie w letnie wieczory, kiedy pobliska knajpa Olżyn Dwir wystawia stoliki. Jest to także idealne miejsce na spacer z dzieckiem. Wrażenie robi szczególnie megazjeżdżalnia.

Tak wyglądała ona przed remontem.

A tak wygląda po remoncie.

Skąd remont? Jeszcze niedawno tam, gdzie teraz jest zadbany skwer odbywały się prawdziwe walki z deweloperami, którzy chcieli zbudować kolejny wieżowiec. W sprawę było zaangażowane nawet MSZ ponieważ działka należała do tego resortu. Pod naciskiem działaczy społecznych i mieszkańców odstąpiono od tego zamiaru, a na Alei Pejzażowej powstał dziecięcy skwer z 30-metrowym kotem z mozaiki, fontannami ze słoniami i zebrami, a także ogromną zmodernizowaną postradziecką zjeżdżalnią. Pieniądze na skwer dali prywatni sponsorzy, 15% kwoty zebrali też mieszkańcy okolicznych domów.

W okolicach można zobaczyć kilka współczesnych rzeźb, niektóre mogą być zaskoczeniem, jak na przykład wykonane z włókna szklanego koc i poduszka, które sprawiają wrażenie prawdziwych:

Wszystko to jednak może znów zniknąć tak szybko, jak się pojawiło. Stołeczny sąd uznał, że deweloperzy pracujący na rzecz MSZ mają prawo zabudować terytorium. Oznaczałoby to, że jedno z najbardziej niezwykłych miejsc Kijowa, które w ciągu ponad roku stało się obowiązkowym punktem wycieczek, zostanie zniszczone. Na razie jednak Ministerstwo zapewnia, że nie ruszy tego terenu. Podobnie zarządzający Kijowem Ołeksandr Popow. Na razie znaczy co najmniej do październikowych wyborów parlamentarnych.

 

(pp)

 

Donieck postindustrialny

Zagłębie Donieckie nie może pochwalić się wieloma atrakcjami turystycznymi. Wiele osób może tam znaleźć jednak miejsca, których nie zobaczy, gdzie indziej – opuszczone ogromne radzieckie zakłady i całe puste bloki, z których po 1991 roku wyprowadzili się mieszkańcy ponieważ nie mogli znaleźć pracy.

O opisanie tych miejsc poprosiłem Denysa Kazanskiego, znanego bardziej jako blogger Frankensstein publikujący w swoim internetowym dzienniku http://frankensstein.livejournal.com/ raporty ze swoich podróży po Zagłębiu Donieckim.

 

Turystyka na Ukrainie zawsze jest kojarzona z dwoma regionami — Krymem i Galicją. Są jednak takie części Ukrainy, których potencjał turystyczny jest jeszcze nie odkryty. Chodzi przede wszystkim o wschodnią część kraju, która jest uważana za region o gorszym stanie ekologicznym, gdzie krajobrazy raczej straszą niż sprawiaj przyjemność. Ale straszne nie oznacza nieinteresujące. Na wschodzie jest dużo do zobaczenia, szczególnie jeśli ktoś interesuje się przemysłowymi krajobrazami, historią ZSRR i lubi ekstremalny wypoczynek.

Po upadku gospodarki socjalistycznej i narodzinach rynkowej wiele przedsiębiorstw nie mogło dalej działać i zostało zamkniętych. Nierentowne okazało się wydobycie węgla, na którym opierała się gospodarka obwodów ługańskiego i donieckiego. Niektóre fabryki, jak na przykład UkrCynk w Konstanynowce pozostały bez surowców, ponieważ z powodu błędów radzieckich ekonomistów, zostały zbudowane tysiące kilometrów od miejsca, gdzie je wybudowano.

Kryzys lat ’90 wyjątkowo mocno uderzył w Zagłębie Donieckie. Po wielu przedsiębiorstwach zostały tylko ruiny. Całe miejscowości zostały bez pracy i wielu ludzi musiało wyjechać do innych miast i krajów, żeby tam zarabiać. W ciągu 20 lat od czasu upadku reżimu komunistycznego, wschodnia Ukraina straciła milion mieszkańców. W niektórych miastach ich liczba zmniejszyła się o 30 – 40%. Wyjeżdżając, ludzie zostawiali po prostu swoje mieszkania i domy ponieważ nikt nie chciał ich kupić. Do wielu z nich można wejść. Tak jest na przykład w Artemowie (поселoк Артемово) i w Ukraińsku (Украинск).

Miasta te upadły wraz z upadkiem miejscowych zakładów pracy. Dzisiaj porzucone fabryki i półmartwe miejscowości przyciągają masę turystów, dziennikarzy i badaczy. Jedni przyjeżdżają dla ostrych wrażeń, inni chcą zrobić szokujące kadry, kolejni chcą zobaczyć wiodące zakłady radzieckiego przemysłu, na których budowana była siła radzieckiego imperium, a także stalinowską architekturę fabrycznych miast. W niektórych miejscach można kręcić postkapitalistyczne hity kinowe nie wydając dużo na dekoracje. Atmosfery tych miejsc nie przekaże żadna grafika komputerowa. Na przykład, w Gorłowce (Горловка) każdy może przejść się po zamkniętym zakładzie wydobywającym rtęć; posłuchać, jak szumi wiatr w korytarzach kombinatu metalurgicznego i zejść na dno 180-metrowego wykopu, skąd wydobywano rtęć. Jest tam zawsze cicho. Nie działają telefony komórkowe.

Jeżeli odjedziemy trochę dalej od wielkich miast, wtedy zobaczymy jeszcze jedną miejscowoą specjalność: biedaszyby, czyli nielegalne kopalnie. W ziemi wyryto nory, poprzez które nielegalni górnicy wydobywają leżący blisko powierzchni węgiel.

Takie miejsca dawno interesują zagraniczych, jak i ukraińskich dziennikarzy i fotografów. Prace Amerykanki Carolyn Drake (http://www.carolyndrake.com/) i Ukraińca Ołeksandra Czekmenewa (http://www.alexanderchekmenev.com/) znane są daleko za granicami Ukrainy i otrzymały nagrody w międzynarodowych konkursach.

Wiele lat miejscowi dziennikarze i krajoznawcy starają się o możliwość organizowania legalnych wycieczek po opisanych wyżej miejscach. Konserwatywne władze nie są tym zainteresowane. Oprowadzanie nielicznych turystów pozostaje zatem w rękach entuzjastów i bloggerów, którzy proponują swoje usługi w internecie. Być może jednak to właśnie taki sposób pozwala w najblepszy sposób poczuć atmosferę depresywnych górniczych miast.

 

(tekst i zdjęcia: Frankensstein)

Dzielnica Stanisława Lema

Autor: Beata Kost, przewodniczka po Lwowie

 

Ze Lwowa wywodzi się ogromna grupa ludzi znanych i zasłużonych. Niewątpliwie najbardziej znanym w świecie lwowianinem jest pisarz Stanisław Lem. Niewiele osób pamięta, że najczęściej tłumaczony Polak, autor literatury science fiction urodził się właśnie we Lwowie. Autor „Solaris” spędził w tym mieście dzieciństwo i młode lata przypadające na okres dwudziestolecia międzywojennego i II wojny światowej.

Stanisław Lem mieszkał we Lwowie przy ulicy Brajerowskiej (dzisiaj ulica Łepkoho), na drugim piętrze kamienicy pod numerem 4. Ulica ta łączy jedną z głównych arterii miasta ulicę Horodocką z ulicą Łystopadowoho Czynu (dawniej Mickiewicza). Pod lwowski adres Stanisława Lema najłatwiej dotrzeć idąc od gmachu Teatru Miejskiego (Opery). Na tyłach Opery skręcamy na lewo w ulicę Horodocką i mijamy kilka przecznic. Jest to jedna z najdłuższych ulic w mieście, a przed wojną podzielona była na odcinki, jeden z nich, to położony najbliżej centrum fragment, nazywany kiedyś ulicą Kazimierzowską.  Na początku ulicy Horodockiej pod numerem 2, mijamy duży gmach dawnej Giełdy Towarowej zaprojektowany przez Józefa Piątkowskiego.

Nieco dalej po prawej stronie na skrzyżowaniu ze Szpitalną budowla z dużymi oknami  – dom towarowy „Magnus”, zrealizowany przez Romana Felińskiego w latach 1912-1913. Żelbetowa konstrukcja, wielkie przeszklenia i po raz pierwszy we Lwowie zastosowane ogromne przestrzenie przygotowane pod stoiska handlowe – tak wyglądała pierwsza lwowska galeria handlowa. Wnętrza zdobiły secesyjne prace Feliksa Michała Wygrzywalskiego. W czasach radzieckich był tam tzw. Uniwermag. Obecnie dom towarowy mieści kilkanaście sklepików i samoobsługową knajpkę na ostatnim piętrze, z okien roztacza się widok na dachy lwowskich kamienic.

Również po prawej stronie (nr 18-22) znajdują się tzw. „Brygidki”, więzienie (w gwarze lwowskiej „furdygarnia”) przy Kazimierzowskiej. Zabudowania od wielu stuleci należały do zgromadzenia sióstr św. Brygidy. Zakon funkcjonował od początku wieku XVII. W czasach zaborów skasowano zgromadzenie i gmach zamieniony został na więzienie. Przed II wojną był to zakład karny dla mężczyzn. Tragiczną kartą więzienie zapisało się dziejach miasta w latach II wojny światowej, podobnie jak w innych lwowskich więzieniach ginęli tu więźniowie polityczni.

Za Brygidkami skręcamy w lewo i już znajdujemy ulicę, przy której mieszkał Stanisław Lem. Brajerowska —  bo niegdyś były tu ziemie i nieruchomości (po lwowsku „realność”) Emila Brajera. Ulica zabudowana jest solidnymi, mieszczańskimi kamienicami, w których mieściły się nie tylko mieszkania, ale również urzędy i instytucje. Dużo działo się przy tej niewielkiej ulicy. W kamienicy pod nr 4 mieszkał wraz z rodziną doktor Lem, specjalista laryngolog, jego syn Stanisław był jedynakiem i  w przyszłości stanie się najpoczytniejszym polskim autorem, ale na razie w latach dwudziestych interesują go zabawki, które niszczy namiętnie i obrazki w encyklopedii ojca.

„Przeczytałem, że osoby mieszkające dziś na Brajerowskiej (są tam teraz dwa mieszkania) z wielką przyjemnością będą mnie gościły, jeśli tylko przyjadę do Lwowa. Ja jednak do końca życia będę się zarzekał, że Lwowa nie odwiedzę”  — mówił Stanisław Lem w jednym z wywiadów, tak też się stało, nigdy po zmianie granic i wymuszonym opuszczeniu miasta do Lwowa nie przyjechał .

Nieco dalej, pod numerem 7, mieszkała dramatopisarka Gabriela Zapolska. Zanim kupiła dla siebie willę na górnym Łyczakowie często zmieniała miejsce zamieszkania.

Na spacery Stanisław Lem chodził do Ogrodu Jezuickiego. Położony na wprost gmachu obecnego Uniwersytetu imienia Iwana Franki, za pomnikiem tego pisarza.

„Chodziliśmy na spacer do Ogrodu Jezuickiego albo w górę alei Mickiewicza. Ogród Jezuicki nie był szczególnie wielki , ale i tak raz się w nim zgubiłem” -wspominał pisarz. Park ten powstał jako ogród miejski „na przestrzeni 18 morgów” jeszcze w XVII wieku i jest najstarszym parkiem lwowskim. Ogród miejski nazywano jezuickim , ponieważ ojcowie dzierżawili w późniejszym czasie te tereny, prowadząc tu folwark. Dziś jest to park Iwana Franki (powszechnie lwowiacy używają nazwy z dwudziestolecia – starzy i mali mówią park Kościuszki).

 

(Beata Kost)

Tradycyjny ukraiński «szampan» z Artemowska

Będąc w Doniecku postanowiłem odwiedzić jedną z niewielu atrakcji turystycznych tego regionu – zakład produkujący wina musujące w Artemowsku. Nie byłoby w tym nic niezwykłego jeśli nie to, że wina produkowane są metodą tradycyjną, czyli dojrzewanie wina nie jest przyspieszane. Po drugie jest to jeden z największych tego typu zakładów w Europie i jeden z dwóch na Ukrainie.

Artemowsk to niewielka miejscowość położona 80 kilometrów od Doniecka. Dumą miasta jest założony w 1950 zakład produkujący klasyczne wina musujące.

Niemal cały cykl produkcyjny odbywa się na głębokości prawie 80 metrów pod ziemią, w piwnicach, które zajmują 25 hektarów.

Składowanych jest tam 27 milionów butelek.

Każdego dnia w czasie dojrzewania każda butelka musi być obracana o 15 – 20 stopni. Zajmują się tym specjalnie przygotowane robotnice.

Wino musujące dojrzewa w butelkach co najmniej rok. Jest to 4 razy dłużej niż w przypadku metod z „przyspieszaczami”. Czasem zdarza się, że butelka eksploduje.

W ramach wycieczek po zakładzie przewidziana jest oczywiście degustacja.

Szczegóły dotyczące wycieczek można znaleźć na stronie Artemowskiego Zakładu Produkcji Win Musujących po angielsku i po rosyjsku.

 

(pp)

Jeziora Szackie. Miejsce odpoczynku w drodze z Polski do Kijowa.

Jednym z doskonałych punktów na krótką przerwę w czasie podróży do Kijowa, czy dalej na wschód: do Charkowa lub Doniecka mogą być położone tuż za granicą z Polską jeziora Szackie.

Aby tam dotrzeć należy skręcić kilkanaście kilometrów za przejściem granicznym w Jagodzinie w lewo w stronę Lubomli. Przejeżdżamy to małe miasteczko i kilkanaście kilometrów dalej mamy Zhorany — jest to pierwsza miejscowość, gdzie możemy się zatrzymać. Są tutaj 2 jeziora, niezbyt popularne, ale za to bardzo ładne:

Jeżeli nie zdecydujemy się na odpoczynek w Zhoranach, gdzie jest dość mało miejsc noclegowych (jeden pensjonat i coś w rodzaju campingu), możemy pojechać kilkanaście kilometrów dalej do samego Szacka lub do Świtazi. Tutaj z noclegiem nie ma problemu. Co do serwisu możemy mieć pewne wątpliwości — najczęściej warunki są dość prymitywne, ale możemy też znaleźć nocleg na całkiem przyzwoitym poziomie. Dość dużo możliwości znajdziemy na stronie shatsk.com.

Sam Szack nie leży nad żadnym z jezior — pomijając dwa po dwóch stronach drogi, przy samym wjeździe do miasta. Najbardziej znane jest jezioro Świtaź, nad którym położona jest miejscowość o tej samej nazwie — to właśnie tam jest najwięcej kwater do wynajęcia. Aby tam dotrzeć musimy skręcić na głównym skrzyżowaniu w Szacku w lewo.

Osobiście polecam jezioro Pisoczne — należy przejechać prosto przez Szack i skręcić kilkanaście kilometrów dalej w prawo, w kierunku sanatorium Lisowa Pisnia. To właśnie przez ten ośrodek będziemy musieli przejść, aby dostać się do jeziora. Samo sanatorium, podobnie, jak i inne „turbazy” w okolicach, przypomina dawne radzieckie czasy. Jezioro jednak poraża swoim pięknem i spokojem. Właśnie to ostatnie jest chyba największą zaletą jezior Szackich. Nie ma tutaj tłumów turystów, motorówek, żaglówek, barów itp.:

Nad jeziorem jest też plaża. Warto tu przyjechać z dziećmi — wszystkie jeziora Szackie są dość płytkie i nawet daleko od brzegu woda będzie nam sięgać ledwo do kolan.

Na miejscu nie powinno być także problemów z wyżywieniem. W samym Szacku jest restauracja z ukraińskim jedzeniem i taką też obsługą oraz włoska „PizzAria” z kijowską obsługą i stołecznymi, ale dostępnymi dla polskiej kieszeni, cenami. W centrum miasta są też bank i apteka. Na miejscu są także 2 stacje benzynowe choć zapewne lepiej brać paliwo przy głównej trasie do Kijowa, na przykład, w sieciach OKKO, WOG, czy Shell.

Uwaga! Przed wjazdem do Szacka należy uiścić opłatę klimatyczną, za 1 osobę z samochodem wynosi ona 20 hrywien. Koniecznie żądajmy rachunku, wtedy będziemy pewni, że pieniądze wylądowały na koncie Szackiego Parku Narodowego, a nie w kieszeni strażnika, urzędnika, czy milicjanta.

 

(pp)

Statkiem po Dnieprze

Będąc w Kijowie należy koniecznie się udać na wyprawę statkiem po Dnieprze. Jest to doskonały sposób, aby nie tylko zobaczyć stołeczne zabytki, ale także uciec przed upałem.

W tym celu trzeba podjechać metrem na stację Posztowa Płoszcza (swoją drogą jest to jedna z ładniejszych, a może lepiej powiedzieć przytulniejszych stacji utrzymana w niebieskim kolorze pobliskiego Dniepru) i przejść się na dworzec rzeczny.

Najpopularniejsza oferta to godzinny rejs wzdłuż brzegów Kijowa na południe, do mostu Patona. Kosztuje on 40 hrywien, dzieci do 6 lat gratis, starsze 50%. Bilet kupujemy na statku.

Na pokładzie można kupić piwo, soki, lody, a nawet wino musujące, czy koniak. Na górnym pokładzie najczęściej ustawione są głośniki bowiem część statków wieczorem zamienia się w pływające dyskoteki.

A oto widoki, które możemy zobaczyć płynąć w dół Dniepru. Tutaj na zdjęciu jest fragment kompleksu pieczerskiej ławry wraz z postawioną obok Matką Ojczyzną, czyli ponad stumetrowym pomnikiem odsłoniętym w 1981 roku.

W ten sposób komuniści starali się złamać linię naddnieprzańskiej skarpy, na której dotąd najwyższą budowlą była jedna z najważniejszych świątyń ukraińskiego prawosławia, znajdująca się na liście UNESCO, ławra pieczerska. To, co nie udało się komunistom, udało się za to kapitalistom. Na wzgórzach powstają, jak grzyby po deszczu wieżowce o wiele wyższe i od Matki Ojczyzny i od prawosławnych świątyń:

Nasz statek wraca na nabrzeże, czyli do portu rzecznego. Stoją tam liczne namioty, w których można coś zjeść, napić się piwa, czy postrzelać:

Oprócz wspomnianej, najkrótszej trasy, można także popłynąć dalej na południe, bądź też na północ, do dzielnicy Obołoń, czy jeszcze wyżej do ujścia rzeki Desny do Dniepru.

 

(pp)

 

Hydropark i inne plaże

Większość Polaków, którzy po raz pierwszy słyszą o tym, że w Dnieprze w Kijowie można się kąpać, reaguje co najmniej z niedowierzaniem. Rozumiem, że kąpiel w Wiśle jest równoznaczna z samobójstwem, jednak nie oznacza to, że każda rzeka płynąca przez jakąkolwiek stolicę jest w takim stanie, jak królowa polskich rzek. W Kijowie jest kilka bardzo ładnych plaż położonych nad czystą, regularnie badaną przez Sanepid, wodą.

Plaże znajdziemy właściwie w całej stolicy, poczynając od północy Kijowa, na przykład w dzielnicy Obołoń, poprzez wyspę Truchaniw, Hydropark, aż do okolic mostu południowego. Pamiętajmy, że Dniepr płynie nie jak Wisła z południa na północ, a z północy na południe. Oznacza to, że czystsza woda, przynajmniej teoretycznie powinna być w północnej części Kijowa. Dokładnych badań nie widziałem, ale przynajmniej „na oko” woda wygląda tak samo. Są za to plaże mniej lub bardziej zadbane.

Najpopularniejszym miejscem jest Hydropark, w skrócie jest to park z plażami i restauracjami oraz dyskotekami, a także licznymi budami z piwem i szaurmą (kebabem). Część konsumpcyjna nie jest zachwycająca, określić ją można najdelikatniej mianem plebejskiej.

Wróćmy jednak do tego, czym Hydropark może się pochwalić. Po pierwsze plażami, są one dość zadbane. Piszę „dość” dlatego, że dbanie o nie polega najczęściej na oczyszczeniu ich z większych śmieci. Kapsle i niedopałki walają się jednak swobodnie. Ta uwaga dotyczy wszystkich plaży, którymi zajmuje się komunalne przedsiębiorstwo Pleso. Raczej nie ma rozbitego szkła. Na niektórych plażach są ratownicy. Z tych położonych nad Dnieprem otwiera się widok na prawy brzeg.

Drugim ciekawym miejscem w Hydroparku jest siłownia pod gołym niebem. Aby do niej trafić musimy wychodząc z metra iść prosto w stronę plaży (za tłumem ludzi), przejść przez most wenecki (Hydropark, zanim jeszcze został zbudowany w latach ’60 XX wieku, zwany był Wenecją z racji tego, że często był zalewany przez wody Dniepru). Siłownia budzi zainteresowanie właściwie wszystkich odwiedzających. Jest to ogromne terytorium przypominające skład złomu albo pozbawioną dachu opuszczoną fabrykę:

 

Wejście na siłownię jest bezpłatne. Może przyjść tu każdy, kto ma na to ochotę. Siłownią opiekuje się pozarządowa organizacja skupiająca byłych narkomanów i alkoholików, stąd nie wykluczone, że podejdzie do nas jej przedstawiciel i poprosi o dobrowolną składkę. Może to być nawet 5 hrywien (2 złote). Pieniądze są przeznaczone na drobne naprawy. Składki są naprawdę dobrowolne i nie ma się czego obawiać, że gdy odmówimy zapłacenia skończymy w jednej z pobliskich zatok Dniepru. Ćwiczący na siłowni, mimo czasem „dresiarskiego” wyglądu, podchodzą bardzo życzliwie do turystów.

Oczywiście Hydropark najlepiej odwiedzać w ciągu tygodnia, a nie w weekendy, kiedy to na każdej kijowskiej plaży są dzikie tłumy.

Do Hydroparku można dojechać metrem, stacja nazywa się Hidropark, czerwona linia. Po drodze z centrum przejeżdża się mostem przez Dniepr. Widok jest naprawdę warty obejrzenia.

 

(pp)

 

p.s.: natrafiłem na ciekawy teledysk kręcony w Hydroparku i w centrum Kijowa. Koło 2. minuty mamy ciężarówkę na polskich numerach!