Ukraińskie toalety (Uwaga! Drastyczne fotografie)

Niedawna informacja o zakupie przez donieckie władze dwóch ekskluzywnych toalet-kontenerów o wartości 400 tysięcy hrywien każda (czyli około 135 tysięcy złotych!) zainspirowała mnie do opisu toalet na Ukrainie. Zapoznajmy się na początku z tym, co kupiły donieckie władze za tak „atrakcyjną” cenę (oczywiście bez przetargu ponieważ jest to zakup na Euro 2012). Każdy kontener może obsłużyć 4 kobiety bądź 9 mężczyzn jednocześnie (zdjęcia donieckiego portalu ostro.org).

 

Nie wszędzie jest jednak tak słodko, najgorzej wyglądają toalety przy drogach, od razu przypomina się piosenka „Strzeż się tych miejsc”:

Oczywiście ta uwaga nie dotyczy toalet na stacjach benzynowych, szczególnie tych sieciowych, takich jak Shell, OKKO, czy WOG. Tutaj wszystko jest na poziomie europejskim. Oczywiście zawsze można skorzystać z pobocza, choć –jak niedawno usłyszałem od znajomych- zdarzały się przypadki milicji karzącej za tego typu „wykroczenie”.

Problem pojawia się wraz z dojechaniem do miasta. W Kijowie, zgodnie z rozporządzeniem Rady Miejskiej, mamy prawo do bezpłatnego skorzystania z toalety w każdej restauracji. Rzeczywiście rozporządzenie działa, sprawdzałem sam. Nie wiem, jak jest w innych miastach, ale wątpię, aby odmówiono turyście, szczególnie zagranicznemu. W stolicy, na głównej ulicy Chreszczatyku, postawiono także zielone budki z toaletami. W środku jest stosunkowo czysto, czasem nawet gra muzyka. Generalnie, co do czystości toalet, można powiedzieć, że Ukraina w ostatnich latach znacznie zbliżyła się do Zachodu. Choć zawsze warto mieć przy sobie papier toaletowy, na wszelki wypadek.

Zakoczeniem mogą jednak być:

-toalety „na narciarza”, które przypominają nam, że wyjechaliśmy na Wschód, choć jeszcze nie Bliski:

 

-kosze stojące koło klozetów, w których znajduje się zużyty papier toaletowy. Można to spotkać wszędzie, nawet na międzynarodowym lotnisku w Boryspolu, w nowym terminalu:

Przez dłuższy czas nie mogłem dojść do tego, skąd się wzięła ta tradycja. Wiedziałem, że problem jest w rurach o małej średnicy. Dokładnie o co chodzi wytłumaczył mi dziennikarz i blogger Andrij Kapustin:

Odpowiedź na to pytanie kryje się w historycznych głębinach ZSRR. Wtedy papier toaletowy był towarem deficytowym. Ten, kto mógł jeździł po niego nawet do Moskwy. Przywożono 30 – 40 rolek. Ten, kto nie mógł jeździć do Moskwy rozwiązywał problem za pomocą podręcznych materiałów. Gazet, czy tektury. W odróżnieniu od papieru toaletowego nie rozpuszczały się szybko, a zatykały i bez tego zużytą i zarośniętą kanalizację. Często toaleta po prostu wylewała. I właśnie dla walki z tymi wydarzeniami wymyślono wiadra. Dziś, nie zważając na to, że papieru toaletowego mamy aż za dużo, tradycja pozostała. Tym bardziej, że rur kanalizacyjnych nikt nie zmieniał, a to oznacza, że jeszcze bardziej się zużyły, a ich średnica zmniejszyła.

 

-kolejnym zaskoczeniem mogą być liczne napisy umieszczane, w i na toaletach:

Najczęściej spotykany apeluje, abyśmy nie wrzucali papieru do muszli lub abyśmy po sobie posporzątali „jeżeli rezultat przekroczył nasze oczekiwania”. Zdarzają się też mówiące o tym, aby nie stawać nogami na sedesie, czy też całe instrukcje, jak ta z restauracji w Charkowie:

Toalety w pociągach opisałem tutaj.

 

(pp)

FOTO Ukraina rok przed Euro 2012

Rok przed rozpoczęciem Euro 2012 objechałem sam wszystkie miasta na Ukrainie, gdzie mają się odbyć Mistrzostwa. Część zdjęć pochodzi jednak z oficjalnego wyjazdu 8 czerwca, kiedy to prezes Federacji Futbolu Ukrainy Hryhorij Surkis i wicepremier do spraw Euro 2012 Borys Kolesnikow odwiedzili Lwów, Charków i Donieck. Poniższe notatki to zestawienie wrażeń z tych dwóch objazdów.

Z Kijowa do Lwowa jedzie się pociągiem co najmniej 6 godzin. Trochę więcej zajmuje pokonanie tej drogi samochodem. Oczywiście najszybciej jest lecieć samolotem. Nawet biorąc pod uwagę niewygody związane ze znacznym oddaleniem stołecznego lotniska od centrum. We Lwowie trwa budowa nowego 34-tysięcznego stadionu. Otwarcie ma być jesienią. Jeszcze w tym roku mają być rozegrane co najmniej 2 mecze. Tak budowa wygląda obecnie:

Prace podobno trwają całodobowo. Nie wiadomo, jak będzie można dojechać do stadionu, na razie wiedzie tam rozbita przez ciężarówki droga, a sam stadion położony jest na obrzeżach miasta, w szczerym polu:

Stosunkowo niedaleko położone są dworzec autobusowy [który już wcześniej opisałem tutaj] i lotnisko, którego budowa także trwa i które także ma zostać oddane do końca tego roku. Oto zdjęcie nowego terminalu:

A to stary terminal, który jeszcze działa:

Nie jestem inżynierem, który może powiedzieć, czy rzeczywiście władze zdążą z przygotowaniami. Na pewno jednak o wiele trudniejszym zadaniem jest późniejsza organizacja transportu miejskiego. Zmorą każdego ukraińskiego miasta są marszrutki, małe prywatne autobusy miejskie. Ich kierowcy umieją się zatrzymać gdziekolwiek tylko po to, aby wziąć pasażera, czyli „2 hrywny stojące na poboczu”. We Lwowie problemem są jeszcze wlokące się tramwaje i parkujący gdzie popadnie kierowcy. Miasto dało sobie za to radę z systemem informacji miejskiej:

Tego systemu nie ma w Charkowie, mieście położonym tysiąc kilometrów od Lwowa. Miasto ma także problemy z komunikacją miejską, choć tutaj sytuację ratuje składające się z 3 linii metro. Niestety jego zdjęcia nie udało mi się zrobić ponieważ gdy je robiłem, zauważyła to ochrona i zaprowadziła do milicjanta, który kazał skasować fotografie. Nie był to jego wymysł, a jak się okazało rzeczywiście obowiązujące na Ukrainie przepisy. Charków może też się pochwalić gotowym stadionem i nowoczesnym terminalem lotniska. Tutaj zdjęcia można robić bez problemu:

Ogólnie atmosfera w Charkowie jest dość sympatyczna. Miasto, które obfituje w zakłady przemysłowe i w liczne uczelnie. Mówi się, że co czwarty mieszkaniec Charkowa studiuje. W mieście nie ma w związku z tym problemem ze zjedzeniem obiadu, czy kolacji bowiem jest bardzo dużo stołówek, pizzerii i kebabów:

Zdecydowany problem ma z tym Donieck, bowiem centrum miasta pełne jest drogich restauracji. Alternatywą pozostaje jedynie kebab, nazywany na Ukrainie „szaurma”:

W mieście budowany jest terminal lotniska:

A gotowy jest już stadion Donbass Arena, który jest dumą mieszkańców miasta:

Za to widok otoczenia tego stadionu, i w ogóle sam Donieck, z lotu ptaka może być chyba najgorszą reklamą tego miasta:

Samo centrum sprawia jednak bardzo miłe wrażenie. Podkreślam „centrum”. Są tam parki, skwery, nowoczesne autobusy, a nawet znaki po angielsku pomagające w orientacji.

Z Doniecka polecieliśmy do Kijowa. O tym mieście, można pisać bardzo dużo. Największy problem, moim zdaniem, to tragiczna komunikacja miejska, którą ratuje do pewnego stopnia metro. Kolejka podziemna i tak jest jednak przepełniona, rano, w południe i po południu, czyli właściwie cały dzień. W mieście trwa budowa stadionu, który prawdopodobnie zostanie otwarty jesienią:

Główne lotnisko Kijowa to Boryspol. Obecnie działają tu 4 terminale (krajowy, VIP oraz dwa międzynarodowe). Dotąd nie ma żadnej komunikacji autobusowej między nimi. Najstarszy terminal, to terminal A, krajowy:

Budowany jest kolejny, ogromny terminal. Na zdjęciu linia bagażowa:

A oto Anton Wołow, dyrektor największego ukraińskiego lotniska, ma 31 lat, wykształcenie „lotnicze”, no i oczywiście pochodzi z… Doniecka. Pojawił się nawet dowcip mówiący o tym, że mieszkańcy Doniecka boją się wychodzić na ulicę, ponieważ ludzie są porywani i wiezieni do Kijowa do pracy w ministerstwach i przedsiębiorstwach państwowych:

I tak właśnie wygląda Ukraina na rok przed Euro 2012. Artykuł jest ogólny, a szczegółów szukajcie w innych rozdziałach mojego bloga.

 

(pp)

 

Instrukcja obsługi Ukraińskich Kolei Żelaznych

Podróż ukraińskimi pociągami ze względu na stan dróg i wyjątkowo wysokie ceny biletów lotniczych wydaje się być najlepszym rozwiązaniem. Pociągi są punktualne, nawet zimą, względnie czyste i bezpieczne.

Podróż z Polski na Ukrainę i odwrotnie

Musimy pamiętać, że kupno biletu bezpośrednio z Krakowa do Kijowa będzie na pewno droższe niż przejazd z Krakowa do Przemyśla i dalej autobusem do Lwowa, a następnie z tego miasta do stolicy pociągiem. Chodzi o to, że zawsze za przekroczenie granicy płaci się bardzo wysoką cenę. Jeżeli się jednak na to zdecydujemy musimy pamiętać, że na polsko – ukraińskiej granicy kwitnie przemyt, a zatem można się spodziewać, że nasz wagon zostanie w nocy rozebrany. Dotyczy to szczególnie przejazdów z Ukrainy do Polski. Dla osób lubiących pić piwo przyda się ostrzeżenie, że toalety na granicy są zamykane na kilka godzin bowiem w związku ze zmianą szerokości torów, wagon jest przestawiany (fizycznie podnoszony do góry).

Musimy kupić bilet

-bilet można kupić w internecie. Procedura jest jednak tak skomplikowana, że sam nigdy tego nie robiłem. W związku jednak z tym, że miejsc w pociągach często nie ma, a na Ukrainie każdy musi mieć miejscówkę (nie ma miejsc stojących, w korytarzu, w toalecie, czy w przejściu między wagonami), może warto spróbować. Poniżej opis udostępniony przez mojego kolegę Piotra Andrusieczkę:

Najpierw musisz się zarejestrować na stronie http://www.e-kvytok.com.ua . Mimo że system ma niby wersję angielską, gdy przyjdzie co do czego i tak przełącza się na ukraiński. Po zalogowaniu w sytemie, na górze masz zakładkę Планування поїздки [Planowannja pojizdky]. Przechodzimy na sam dół strony do rozdziału „Виберіть маршрут поїздки” [Wyberit’ marszrut pojizdky]. Trzeba wybrać skąd [Станція відправлення, Stancja vidpravlenja] i dokąd chcemy jechać [Станція призначення, Stancija pryznaczennja]. Nazwy można wpisywać jedynie po ukraińsku. Dla osób nie mających ukraińskiej czcionki w komputerze: Kijów – Київ , Lwów – Львів, Donieck – Донецьк, Charków – Харків. Ważne, aby po wpisaniu nazwy przyciskiem z prawej strony Знайти станцію [znajty stanciju] potwierdzić wskazaną stację. Jest rownież miesjce dla wpisania daty [Дата відправлення]. Wybierasz też ewentualnie interesujący przedział czasowy. Dalej, należy wcisnąć Наявність місць [Najavnist misc]. Wyświetlają się pociągi z liczbą poszczególnych wolnych miejsc w różnych klasach [o tym napiszę niżej]. Wybierasz interesujący ciebie — z lewej strony naciskasz numer pociągu. Wybierasz numer wagonu, i możesz wybrac konkretne miejsce (również liczbę biletów), a jeśli nie masz preferencji, to naciskasz Оформлення документів [Oformlennja dokumentiv] i zostaniesz przekierowany do systemu płatniczego, gdzie musisz podać dane swojej karty płatniczej. Ważne — za zakup biletu za pomocą karty, koleje pobierają komisję, która nie jest zwracana w przypadku zwrotu biletu. Następnie musimy wydrukować dowód tego, że kupiliśmy bilet i pójść z nim do jakiejkolwiek kasy biletowej na terytorium Ukrainy! I tutaj mamy kolejną porcję wrażeń, ponieważ co prawda przysługuje nam obsługa poza kolejką, są nawet specjalne napisy przy części z kas, ale będziemy musieli wypisać na blankiecie nasze dane, łącznie z numerem paszportu, i adresem zamieszkania. Dopiero wtedy dostaniemy wymarzony bilet kolejowy.

W tej sytuacji oczywiście lepiej pójść do kasy i po prostu kupić bilet. Po pierwsze rozkład jazdy możemy sprawdzić tu:

http://uz.gov.ua/?m=info.info_posagiriv.rozklad_ruhu&lng=ru [wersja rosyjska]

http://uz.gov.ua/?m=info.info_posagiriv.rozklad_ruhu&lng=ua [wersja ukraińska]

Oczywiście wersji angielskiej nie ma. Takiej wersji nie ma także na dworcach. Możemy za to liczyć na życzliwość pani w informacji kolejowej. Jeżeli uda się nam ją znaleźć. Uwaga, informacja często jest płatna, cena jest napisana koło okienka (około 3 – 5 UAH w zależności od dworca). Wiedząc już gdzie i kiedy chcemy jechać udajemy się do kasy. Kasy mają różne kategorie, są kasy dla deputowanych, inwalidów wojny i dzieci wojny i zwykłych inwalidów. Jak poznać, gdzie jest która? Przy zwykłej kasie jest zazwyczaj największa kolejka. Jeżeli trafimy do innej i będzie obsługiwać miła pani, wtedy sprzeda nam bilet bez problemu. Są także prywatne kasy w miastach, płaci się tam trochę drożej (około 10 UAH).

Pociągi na Ukrainie dzielą się na ekspresy i pozostałe.

Ekspresy łączą Kijów i Charków oraz stolicę ze Lwowem. Mają one 2 klasy; pierwsza ma 6-osobowe przedziały, a druga to po prostu długi wagon z miejscami do siedzenia. Masakryczne, a według Ukraińców mające być przejawem nowoczesności, są telewizory, na których wyświetlane są filmy (najczęściej klasyka radzieckiego kina) – nie ma słuchwek więc tekstów i efektów muszą słuchać wszyscy. Ekspresy jeżdżą w dzień. Niezależnie od klasy składy są nowe i czyste i właściwie poza kinem pociągowym trudno się do czegoś przyczepić.

Istnieją także kolejki podmiejskie podwyższonego komfortu, czyli ekspres składający się tylko z drugiej klasy, który jedzie wolniej i częściej się zatrzymuje. Taka nocna „elektryczka” łączy na przykład Charków z Donieckiem.

Pozostałe to moje ulubione pociągi, które jeżdżą nocą. Wagony dzielą się na 4 klasy: zahalnyj (obszczyj), plackartnyj, coupe i luks (SV). Pierwszy z nich jest już raczej niespotykany, to jest właśnie wagon bez miejscówki. Takiego na pewno nie znajdziemy w połączeniach miast Euro 2012. Wagon plackartnyj sprawia najczęściej dla początkujących dość szokujące wrażenie. Jest to wagon bez przedziałów, po którego jednej stronie mamy 4 leżanki, a po prawej dwie (jedna na dole zamienia się w stolik), położone wzdłuż okna. Wagon coupe to po prostu przedział z 4 łóżkami.

Luks, nazywany także SV, to dwie leżanki w przedziale. Ta ostatnia klasa jest około 3 razy droższa niż coupe. Plackarta jest tańsza od coupe o 30 procent. Generalnie da się jeździć w każdym z tych wagonów, najbardziej optymalny wariant to coupe.

Wchodząc do pociągu oddajemu bilet konduktorowi (1 albo 2 kolejarzy przypada na 1 wagon), nazywanemu „prowodnikiem”, który oddaje nam go rano. Jest on panem i władcą wagonu. To on otwiera i zamyka toalety, pilnuje aby nikt nie szalał i aby was nie okradli (co na Ukrainie zdarza się bardzo rzadko). Także sprzedaje herbatę, wodę i ciastka (czasem także piwo, a nawet wódkę, co jest nielegalne). Budzi rano, często robi to dość drastycznie, najczęściej godzinę przed przyjazdem, choć ci bardziej tolerancyjni robią to na pół godziny przed. Prowodnik włącza także muzykę przy odjeździe i rano. Wybór najczęściej jest dość prymitywny i składa się z hitów ukraińskiej i rosyjskiej estrady.

Po tym, jak wejdziemy do wagonu, na łóżku znajdziemy zapakowane w foliowy worek pościel i ręcznik (ewentualnie przyniesie ją nam kontroler po odjeździe). Są one czyste (dość dużo jeżdżę i brudnych nigdy nie dostałem). Rano trzeba je oddać. Nie należy kraść, nie tylko ze względu na przykazania, czy ogólne zasady moralne, ale także z tej prostej przyczyny, że później i tak zapłaci za to konduktor, który nie zarabia wiele. Dotyczy to nie tylko pościeli, ręczników, ale także często bardzo ładnych aluminiowych podstawek do szklanek do herbaty, czy kawy zamawianych u konduktora. Jeszcze jedna uwaga, w pociągu można dostać za darmo wrzątek (kipiatok). Można w ten sposób zrobić sobie zupę, czy samemu herbatę albo kawę.

Ogółem w pociągach jest dość czysto, niektóre jednak najlepsze lata mają za sobą. Najlepiej wybierać –tak zwany- pociąg firmowy (ukr.: firmowyj pojizd / rus.: firmiennyj poezd). Należy się zapytać o to w kasie. Takie pociągi są najczęściej czystsze, a te które łączą Kijów z Charkowem, czy Donieckiem mają także chemiczne toalety.

Pozostałe są zamykane na czas przejazdu przez większe miasta i bardziej wrażliwe osoby mogą doprowadzić do ataku epilepsji.

Bardzo często w pociągach nie otwierają się okna – oficjalnie dlatego, że działa klimatyzacja. Działa ona tak naprawdę jedynie w pociągach firmowych.

W pozostałych często jest potworny zaduch, szczególnie latem. Jedynym wyjściem jest zakup dużej ilości wody, a także wychodzenie na chwilę na stacjach pośrednich. Pociągi stoją dość długo, możemy się o tym dowiedzieć, czytając rozkład, który znajduje się na korytarzu. Konduktor może odmówić nam wyjścia na peron jeśli pociąg stoi dość krótko, 3, czy 5 minut.

W niektórych pociągach są także wagony restauracyjne, ceny jak na Ukrainę są dość wysokie, jak na Polskę nie. Poza wagonem restauracyjnym w pociągach obowiązuje zakaz spożywania alkoholu i piwa (miejsce publiczne). Milicja przymyka jednak na to oko. W pociągach (całym składzie) obowiązuje także zakaz palenia.

(pp)

Lwów

Porady na wypadek kłopotów we Lwowie przekazuje Beata Kost, która opiekuje się i oprowadza polskie wycieczki w tym mieście:

Szpital Pogotowia Ratunkowego (dla dorosłych) we Lwowie mieści się przy ulicy Mikołajczuka (wcześniejsze nazwy: Topolna/Mazepy).  Oficjalny adres: Комунальна міська клінічна лікарня швидкої медичної  допомоги.  вул. Миколайчука 9. Do taksówkarza należy mówić, że potrzebujemy szpital „szwydkoji dopomohy na Topolnej”  w przeciwnym wypadku będzie to trwało, jak z szukaniem pałacu arcybiskupów.

Dzieci:  Комунальна міська  дитяча клінічна лікарня вул. Орлика 4. Czyli szpital przy ulicy Orłyka dla dzieci.

Przy urazach zwichnięcia, złamaniach itd. lepszy jest szpital nr 8: Комунальна 8-ма міська  клінічна лікарня, вул. Навроцького 23. Taksówkarzowi trzeba powiedzieć, że to 8 szpital, izba przyjęć („pryjmalnia” po ukraińsku) bo w przeciwnym wypadku grozi państwu długie błąkanie się po zdewastowanych socrealistycznych dziedzińcach.

A tak Beata Kost wspomina wizytę w szpitalu:

Wypadek we Lwowie. Dziecko.

Grupa gimnazjalistów z Krakowa na wycieczce we Lwowie. Chłopak uderzył się w głowę i wymiotuje. Decyzja – wieziemy dziecko na pogotowie, obawiając się, że może to być wstrząśnienie mózgu.

Zamawiamy taksówkę, pod pałac arcybiskupów rzymskokatolickich przy ulicy Winniczenki, gdzie na parkingu zatrzymują się autokary turystyczne. Po kilku telefonach z korporacji z pytaniami „Gdzie? Jaki pałac? Jaki? Gdzie to jest?” taksówka wreszcie dociera na parking. Jedziemy do szpitala. Pod szpitalem taksówkarz uprzedza, że może się zdarzyć, iż nie podjedzie pod samą izbę przyjęć, ponieważ nie wpuszczą go za szlaban na teren szpitala. Po krótkiej pertraktacji z panem szlabanowym wpuszczają nas jednak pod podjazd. Jest wejście, ale wygląda jak wjazd do garażu, więc idę się upewnić do wejścia głównego, czy aby na pewno wchodzimy przez garaż. Jednak na pewno przez garaż. Pani doktór patrzy na nas i pyta ile lat ma pacjent. Piętnaście. „To do szpitala dla dzieci”. Ale jeszcze zapyta lekarza. Przychodzi lekarz: „Musicie wyjść i jechać do szpitala dla dzieci, MU-SI-CIE WY-J-ŚĆ, WY-J-ŚĆ”  skanduje po ukraińsku, patrząc na nas. Wygląda to dość komicznie i dociera do nas, że ma to nam pomóc w zrozumieniu ukraińskiego — mówi wolno. Pilotce przypomina się opowieść z Zakopanego jak to góralka tłumaczyła Anglikowi: „Patrz mi na usta – mówię do ciebie. MÓ-WIĘ –DO-CIE-BIE”. Na szczęście mówimy po ukraińsku i lekarz jest uradowany: „a ja – mówi – nie umiem po polsku”. Więc mamy wyjść przez dziedziniec i przejść 200 metrów. Wychodzimy, trochę podniszczony dziedziniec, nadgryziony zębem czasu, przechodzimy jakieś 100 metrów. Stoją kierowcy karetek:

— Dobrze idziemy?

— Dobrze jeszcze jakieś 200 metrów.

Maszerujemy dalej, skręcamy, idzie człowiek w fartuchu:

— Do szpitala przy ul. Orłyka tędy?

— Tędy — powiada — jeszcze jakieś 500 metrów.

Trasa wyraźnie zaczyna nam się wydłużać. Na skwerku następna ekipa od karetek, siedzą przy stole grają w domino. „Którędy na izbę przyjęć szpitala dla dzieci”. „Tam – macha jeden – ścieżką w dół”. Inny próbuje być dowcipny: „jak zajdziecie to dotrzecie”. Ścieżką bardzo polną, wydeptaną obok gmachu przez trawnik, schodzimy w dół. Oznakowań nie ma, mimo, że jest przejście przez dziedziniec obu szpitali.

Jeszcze raz pytamy: jest izba! Nawet podpisana. Wchodzimy przez labirynt korytarzy. Rejestracja. Panie są dwie, przy stanowisku kolejka z około 5-6 osób plus dzieci. Pani w białym fartuchu mówi, że jak z wypadku to tutaj. Do kolejki. Stoimy czekamy. Dwie panie w rejestracji wpisują odręcznie do kajecików to, co mówi rodzic dziecka. Po co piszą obie to samo? Pewnie taka „procedura”–  znaczy, że tak trzeba. Stoimy dość długo i tknęło mnie, że kolejka wcale się nie rusza. Lecę do wyjścia. Pan w fartuchu ogłasza mi raz jeszcze, że z wypadku to do TEJ kolejki. Z naprzeciwka leci pilotka wycieczki, też mówiąca po ukraińsku, która w tak zwanym międzyczasie dopytała się w recepcji i z kolejki skierowano nas do przychodni.

Przychodnia, rejestracja. Na szczęście bez kolejki. „Proszę pani mamy chłopaka, uderzył się w głowę potrzebujemy pomocy, z izby skierowano nas tutaj”.

— to do chirurga, wypiszę numerek

Podajemy paszport.

— Imię nazwisko, wiek, adres

Podajemy:

— Ale proszę napisać imię i nazwisko jak w paszporcie, bo potrzebne potem do ubezpieczenia.

Wpisuje.

— Adres?

— Osiedle Złoty Szlak

— Co???

— Proszę napisać ulica Złoty Szlak..

— Gdzie jest taka ulica???

— W Polsce, w Krakowie.

Śmiech pań w rejestracji.

— A, w Krakowie! Potrzebujemy adres we Lwowie!

— We Lwowie nie ma adresu, jest na wycieczce.

Zdziwienie. Mamy iść do chirurga – piętro wyżej. Pokój nr 24 na pierwszym piętrze. Wchodzimy. Pokój nr 24 zamknięty. Chirurga nie ma. Nie ma go też w pokoju obok, ani u dermatologa. Pilotka leci na dół. Wraca: chirurg wykonuje zabieg, niewiadomo, kiedy będzie. Stoimy, czekamy. Przychodzi pani w fartuchu – „w głowę się uderzył? To neurochirurg potrzebny. Musicie iść na izbę przyjęć do szpitala”.

— Ale odesłano nas tutaj.

— Musicie iść tam, w przychodni nie ma neurochirurga…

Wracamy. Kolejka jakby mniejsza i już zadzwonili z przychodni, więc jedna z pań czyniących notatki w kajeciku reaguje na nas, wykonując telefon po neurochirurga. Mamy przejść do sali i czekać.

Panie nadal obie prowadzą notatki, spisując to, co mówią mamy małych pacjentów. Obrazek, od którego nie można się oderwać. Chirurga nie ma. Dlaczego tak długo? „Pewnie ma zabieg, nie wiem, czemu tak długo, dzwoniłam” – broni się pani w rejestracji.

„No to sieeedzimy soobiee, nic się nie dzieejee…”

Chirurg przychodzi po pół godziny. Wywiad, co jadł, kiedy się uderzył. Każe chłopakowi dotknąć palcem czubka nosa, przejść po linii prostej itd.

I taką oto metodą, dotykania ręką do nosa pacjenta orzekł, że jest to zatrucie pokarmowe i dodatkowe badania są niepotrzebne. Wypisuje zaświadczenie na karteczce, potrzebujemy jej dla rodziców — na tyłach karteczki pisze, co mamy wykupić w aptece. Smecta 3×1 przez 5 dni. Plus jeszcze jakiś lek.

Miało być jeszcze o doznaniach zapachowych. Ale ponieważ z tego tematu (zapachy na Ukrainie) mogłaby powstać praca magisterska co najmniej, krótko napiszę: śmierdziało tradycyjnie.

Apteka jest w szpitalu. Przy okazji wychowawca chce wapno, bo jest uczulony. Pani farmaceutka podaje mu preparat na osteoporozę, o rozpuszczalnym nie słyszała. Dziękujemy ślicznie, rezygnujemy, oddalamy się w kierunku taksówki.  Dwie i pół godziny i jesteśmy wyleczeni.

I jak to skomentowała kiedyś moja koleżanka z Polski po pobycie w szpitalu na Ukrainie: „wchodzisz, idziesz przez ten korytarz i od razu rozumiesz, że się już o wiele lepiej czujesz. Jak dojdziesz do lekarza, jesteś już praktycznie zdrowa”.

Rodacy mali i duzi! Czy to na Euro, czy w dzień powszedni leczcie się w kraju!

I jeszcze  kilka ciekawych zdjęć: